Get Adobe Flash player

Osiedle Za Żelazną Bramą – Nr 44 (138)

Osiedle Za Żelazną Bramą w Warszawie wybudowano w latach 1965–1972 na obszarze otoczonym przez ulice Graniczną, Twardą, Prostą, Żelazną, Chłodną i Ptasią. Ogromy teren — 63 ha — gdzie wcześniej znajdowało się tzw. „Małe Ghetto”, w latach 1943–44 został kompletnie zniszczony przez wojnę. Na jego miejscu postanowiono zbudować osiedle dla ok. 25 000 mieszkańców. To, o czym Le Corbusier mógł tylko marzyć, stało się w Warszawie.

z12115162Q,Osiedle-Za-Zelazna-Brama-w-polowie-lat-80

 

Papież modernizmu pracował w latach 1922–29 nad planem Voisin — wyburzenia części zabytkowej architektury Paryża i zastąpienie ją nowoczesnymi, jednakowymi blokami mieszkalnymi. Uwzględniał on co prawda pozostawienie paru starych budowli jako pamiątek po starym świecie, jednak celem nadrzędnym było zbudowanie dzięki architekturze „nowego świata”. „MUSIMY BUDOWAĆ NA OCZYSZCZONYM TERENIE” wielkimi literami postulował Corbu. Działanie architekta jedynie wtedy miało być skuteczne, gdy było bezwzględne. Zniszczenia II wojny światowej, które ostudziły zapał wielu modernistom, Le Corbusierowi wydawały się szansą na projektowanie bez konieczności oglądania się na przeszłość, stary bieg ulic czy zabytki. Teren pod zabudowę wyglądał niczym biała kartka na biurku architekta.

W latach 60. gdy na świecie ogłaszano śmierć modernizmu, u nas w Polsce corbusierowski szał dopiero się rodził. Nic więc dziwnego, że na konkurs na osiedle Za Żelazną Bramą nadesłano aż 75 prac. Zwyciężyła wizja zespołu architektów Andrzeja Skopińskiego, Jerzego Czyża, Jana Furmana i Jerzego Józefowicza. Ci znani z nowoczesnych pomysłów i przebojowości twórcy widzieli w os. ZŻB szansę na zbudowanie osiedla wielkości niemal miasta według kartezjańskiej zasady jasności i absolutnej matematycznej pewności. Doskonale skonstruowaną maszynę, która wykształci „nowego człowieka”. „Nowy człowiek, człowiek przyszłości” — to przecież hasło wykreowane przez Partię Komunistyczną na fali optymizmu pierwszych rewolucji. W pierwszych latach istnienia PRL-u popularna była koncepcja „osiedla społecznego”, planowano odbudowę Warszawy według postulatów Karty Ateńskiej. Modernistyczna koncepcja miasta-ogrodu z wieżowcami była dla komunistów wielce nęcąca, gdyż po pierwsze była tożsama z ich wizją równości społecznej, a po drugie była zwyczajnie tania i szybka. Tragizm pokolenia polskich architektów, do których należeli twórcy os. ZŻB, polega na tym, że wychowani na modernistycznych ideałach musieli być świadkami ich upadku i kompromitacji. Byli narzędziami władzy i stali się jej ofiarami, bo mało z tego, co miało powstać, faktycznie wybudowano.

Osiedle Za Żelazną składa się z dziewiętnastu 15-piętrowych bloków, 5 niższych budynków i plomb. Bloki osiedla były wzorowane na Jednostce Marsylskiej Le Corbusiera. Każdy z bloków miał 15 pięter (choć były planowane też niższe), 2 klatki schodowe, 2 lub 3 windy i przeszklony hol (zaplanowany jako miejsce spotkań mieszkańców). Początkowe mieszkania wyposażone były w parkiety. Każdy korytarz i mieszkanie wyposażone było w tzw. „okno francuskie” (o wysokości całej kondygnacji) — novum w PRL-u. Klatki schodowe oświetlały pionowe pasma luksferów (obecnie zamurowane). Zamontowano suche piony do celów przeciwpożarowych, czyli puste rury dla zaworów hydrantów do rozprowadzania wody na każde piętro.

images-1

Bloki wybudowano za pomocą monolitycznych betonów wylewanych, a nie, jak się powszechnie sądzi, z wielkiej płyty. Prosta bryła budynku została zrytmizowana z zewnątrz przez kwadratowe białe płyty dzielące każde mieszkanie oraz prostokątne listwy podkreślające linię okien i zamykające balustrady. Okna na parterze miały ramy w eleganckiej czerni, co dawało kontrast z bielą elewacji. Podkreślały to latarnie święcące białym światłem (w latach 90. zmieniono kolorystykę, wprowadzono też światło żółto-rude). Osiedle usytuowano na osi północ–południe, tak by zagwarantować jak najwięcej słońca w mieszkaniach. Wokół osiedla odseparowano ruch pieszy od kołowego. Między blokami pozostawiono (tak jak w planie Voisin) część przedwojennej ocalałej architektury — koszary i hale mirowskie, synagogę, obszar placu Lubomirskich, kościół św. Karola przy Chłodnej i kamienice przy placu Grzybowskim. Często jednak te zabytki były zmorą dla mieszkańców osiedla — w kamienicach zaczął rozwijać się element społeczny, a ze zsypów, które prowadziły do przedwojennych piwnic, wychodziły robaki.

Wielu rzeczy nie udało się zrealizować. Każdy blok miał mieć dach rekreacyjny — z ogrodem i kafejkami, na pierwszym piętrze miały działać sklepy spożywcze, ostatnie piętro miało pełnić funkcję pralni i suszarni, a mieszkania miały mieć balkony czy przeszklone loggie (do dziś ich brak jest chyba największą bolączką lokatorów). Planowano centrum usługowe — wzdłuż ul. Marchlewskiego (teraz Jana Pawła II). W przestrzeniach między blokami miały być zieleńce, szkoły, przedszkola, żłobki i przychodnie. W planach były rzeźby stojące w parkach. Gdy wybudowano osiedle, otaczała je pustka. Instytucje potrzebowały czasu, by zacząć funkcjonować, a zieleń — aby wyrosnąć.

Architekci osiedla byli ograniczani przez DEBOR — Dyrekcję Osiedli Robotniczych. „Resortem budownictwa” kieruje wtedy wicepremier Julian Tokarski, który naciska na rezygnację z wielu pierwotnych pomysłów — każe dobudować do planowanych 12 wieżowców jeszcze 7, nie daje zezwolenia na balkony oraz zmusza architektów do projektowania „ślepych kuchni”, oświetlanych jedynie przez okno łączące ją z salonem. Zespół Skopińskiego walczy jednak o swoje i udaje im się uratować np. kiosk znajdujący się na parterze budynków (Tokarski przekonywał, że może on jednocześnie pełnić funkcję portierni) oraz rozciągnąć gomułkowską normę 11 m² na osobę — w M2 do 27 m², a w M3 do 38 m². Mimo to ciasnota mieszkań to główny zarzut wobec os. Za Żelazną Bramą. Gospodarka planowa, która była natchnieniem dla pierwszych prac urbanistycznych po wojnie, w efekcie wielu takim pracom zaszkodziła.

A jednak dla pierwszych lokatorów mieszkania te wydają się być luksusem. Mają kilka pokoi i łazienkę. W krótkich czasie wszystkie zostają zajęte — wiele osób zwyczajnie nie ma gdzie indziej mieszkać. W blokach mieszkał cały przekrój społeczny — obok robotników mieszka też inteligencja, artyści, przedstawiciele wolnych zawodów. Starsi mieszkańcy wciąż lubią wspominać żyjące obok nich sławy. Jednak wśród lokatorów nie wykształca się silna więź. Powodów zdaje się być wiele. Po pierwsze: rozmiar osiedla. Trudno zaznajomić się z ludźmi ze swojego korytarza, a poznanie wszystkich ludzi z bloku (około tysiąca) wydaje się być kompletną abstrakcją. Po drugie: jego układ. Nie sprawdziło się lobby na parterze, ludzie bowiem wolą się spotykać w centrum niż przed blokiem. A jak już było mówione, wyraźne centrum usługowe zostało na papierze. Trzecim powodem jest wątpliwość, czy w ogóle idea wielkiego kartezjańskiego osiedla mogła się sprawdzić.

 

DZISIAJ

Jeśliby spojrzeć na osiedle Za Żelazną Bramą oczami Oskara Hansena, zapewne ujrzelibyśmy wzorcowy przykład Formy Zamkniętej. Wielkość bloków nie ma nic wspólnego z ludzką miarą, a ich układ otacza i dominuje nad człowiekiem. Ich architektura ignoruje przeszłość terenu, na którym się znajdują, jego historię — tak ważną dla Polaków i Żydów. Tak jak PKiN, są to budowle-pomniki nowego porządku, wybudowane na gruncie obdartym z przeszłości. Z założenia są więc opresyjne w swojej wymowie. Są architekturą z zewnątrz, OBCYM w zbiorowej tożsamości (nie ważne, czy uznamy, że ideowo pochodzącym z zachodu czy wschodu), w każdym razie nie-polskim, bo ignorującym to, co było przed wojną. Dodatkowo osiedle nie pozwala na indywidualność mieszkań. Lokatorzy często zamurowywali okno francuskie dzielące kuchnię od salonu albo ją kompletnie burzyli; wielu sadziło samemu zieleń wokół bloków — to jedynie dowód zaradności mieszkańców, a słabości projektu.

W psychologii jest na to termin „luki” — różnicy pomiędzy wizjami projektanta a mieszkańca. Architekt nie ma narzędzi, by poznać potrzeby tak ogromnej grupy, to jasne. Jego celem powinno być jednak umożliwienie wyrażania przez lokatora swojej osobowości i personalizacji mieszkania. Heidegger — jeden z chyba najważniejszych filozofów dla współczesnego myślenia o architekturze — w swoim eseju „Budować, mieszkać, myśleć” wykazał związek słowa „budować” (bauen) z „być” (bist). Architekt-modernista ignoruje ten związek, projektuje w izolacji od miejsca, gdzie ma powstać budynek, i od ludzi, którzy mają w nim mieszkać. A budować znaczy również zamieszkiwać. Moderniści widzieli w kartezjańskiej harmonii uniwersalny przepis na miasto — celem miasta jest w nim mieszkać, a ta potrzeba jest u każdego taka sama, więc wszędzie powinna być ta sama architektura — z takiego równania wykształcił się modernistyczny „styl międzynarodowy”. Ta receptura miała usprawiedliwiać autonomię architekta, jego brak kontaktu z mieszkańcami. Jednak ta maszyna okazała się być niesprawna. Wystarczy ulubiony przykład postmodernistów — modernistycznego osiedla Pruit Igoe w St. Louis zburzonego w latach 70. na skutek rosnącej tam przestępczości i przemiany mieszkań w slumsy.

Jednak dzieła zespołu Skopińskiego nie spotkał los wspomnianego osiedla. Stała się rzecz szczególna — Forma Zamknięta stała się niemal Formą Otwartą. Już w 1986 roku na VI Warszawskich Konfrontacjach Architektonicznych projektanci z krajów bloku wschodniego i Skandynawii debatowali nad tym, jak uzdrowić osiedle Za Żelazną Bramą. Główną receptą miało być dogęszczenie architektury. To, jak osiedle wygląda dzisiaj, jest w dużej mierze dziełem kapitalizmu, jednak tym razem wyszło to miastu na dobre.

images-2

Foto: Widok na Osiedle Za Żelazną Bramą dogęszczone nową zabudową

 

Niewiele zostało z oryginalnego układu osiedla, potraktowano go jak matrycę, którą da się wypełnić nowymi treściami. Szarość bloków stała się tłem do zdarzeń — nowej architektury. Czasem są to budynki próbujące nawiązać z nimi kontakt (jak postmodernistyczne Atrium), czasem zupełnie nie. Może paść oskarżenie, że jest to chaos wizualny, a osiedle zostało wchłonięte przez centrum. Nie musi to być jednak wada — na osiedlu żyje się ciekawiej i wygodniej. Ewa Rewers w swoje książce „Post-polis. Wstęp do filozofii ponowoczesnego miasta” podkreśla, że współczesny mieszkaniec miasta to już nie przechadzający się flâner, a pasażer metra, wiecznie się gdzieś spieszący. Centrum przestały być place, a zaczęły skrzyżowania ulic. Społeczeństwo stało się multikulturowe, co dobitnie widać na przykładzie opisywanego osiedla — żyją tu mniejszości wietnamskie (które wybierają te mieszkania ze względu na stosunkowo niższe ceny) oraz żydowskie (które przekonuje bliskość do synagogi). Choć zdarzają się przykre sytuacje, to jednak żyje im się tam dosyć dobrze. Podobnie jak i innym mieszkańcom (o czym mówią w dokumencie Heidrun Holzfeind „Za Żelazną Bramą”). Bo jest tam zielono i wszędzie blisko. Ale oczywiście — część wciąż czeka na obiecane balkony.

Na wspomnianych VI Warszawskich Konfrontacjach Architektonicznych przewodniczący jury Jerzy Szczepanik-Dzikowski wypowiedział znaczące słowa: A jednak miasto musi się odrodzić! Społeczna negacja osiedla Żelaznej Bramy nie dotyczy jedynie standardów mieszkań czy środowiska mieszkaniowego. Społeczna negacja nie jest również jedynie stwierdzeniem istnienia koniecznej do uzupełnienia luki w Śródmieściu. (…) Gdzieś w podświadomości jest ona wyrazem tęsknoty za historią. Za Warszawą, jaka była. Ostatnie zdanie tłumaczy wciąż obecną niechęć wobec osiedla Za Żelazną Bramą. Może też wyjaśniać niedawne zainteresowanie modernizmem i też istnienie tego bloga — wynika ono z chęci przyjrzenia się architekturze, wokół której się wychowaliśmy, która nie kojarzy się już tylko z PRL-em, nie jest dla nas czymś obcym. Jest częścią naszej tożsamości. Dzięki temu możemy dostrzec chociażby to, że mamy w centrum Warszawy spełnione marzenie Le Corbusiera, które na szczęście przystosowało się do nowych czasów.

Autor: Andrzej Brzózka

Bibliografia:
Holzfeind Heidrun, Behind the Iron Gate / Za Żelazną Bramą (film).
Piątek Grzegorz, Betonowy pantofelek kopciuszka, CSW, Warszawa 2009.
Fryze Magdalena, Próba analizy osiedla Za Żelazną Brama w Warszawie, w: Artifex nr 11, 2009.
Trybuś Jarosław, Przewodnik po warszawskich blokowiskach, Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2011.
Rewers Ewa, Post-polis. Wstęp do filozofii ponowoczesnego miasta, Universitas, Kraków 2005.
Wikipedia: http://pl.wikipedia.org/wiki/Za_%C5%BBelazn%C4%85_Bram%C4%85.

Andrzej Brzózka (1993) Student  Wydziału Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie Warszawskim, muzyk i dj. Interesuje się zagadnieniami z pogranicza przestrzeni miejskiej, urbanistyki, antropologii miasta oraz kulturą wizualną. Prowadzi antropologiczne badania na Grochowie. Interesuje się architekturą powojenną, gdyż wychodzi z przekonania, że nie wszystko trzeba burzyć.

Lubię to!(7)Nie lubię tego!(0)

5 Odpowiedzi na Osiedle Za Żelazną Bramą – Nr 44 (138)

  • Czarek Meszyński mówi:

    W latach 80. XX w. byłem w kilku mieszkaniach moich przyjaciół na tym osiedlu. Mieszkanka ciasne, ale z klimatem - takie je zapamiętałem. Swego czasu mieszkał tam Wojciech Młynarski, który w wywiadzie dla wyborcza.pl/magazyn świąteczny z Donatą Subbotko 07.03.2015 na pytanie:

    To inteligencja tę wolność przegrała?

    odpowiedział:

    "Wierzę, że nie przegrała i tu czy ówdzie będzie się odradzała, ale na razie inteligencja w sensie nawet nie klasy społecznej, ale tego, co Polacy mają w głowach, IQ jest w odwrocie. Ten problem będzie narastał, a niestety nie da się go naprawić drogą administracyjną ani dekretem. Edukacja musi trwać od domu, przez szkoły, bez końca. Nie wolno tego porzucać. W końcu musi dojść do próby przeobrażenia społeczeństwa. Jest nadzieja, że trwała niezgoda na zbiorową głupotę zaprocentuje.

    Napisałem teraz taki satyryczny tekst, który się nazywa "Polaków portret własny". O malarzu, który namalował transformację, ale po 25 latach doszedł do wniosku, że trzeba ten obraz trochę przemalować. Bo on namalował zbiorową mądrość, a widzi, że teraz musi ją zastąpić zbiorową głupotą."

    Lubię to!(3)Nie lubię tego!(0)
  • Czarek Meszyński mówi:

    Czy Osiedle Za Żelazną Bramą przetrwa? Czy ŚSM zbankrutuje? Czy nastąpi upadłość? Czy Osiedle zostanie zdewastowane, zniszczone i całkowicie zdegradowane tak, że nie będzie nadawać się do mieszkania? I wielki biznes pozyska tereny inwestycyjne w centrum miasta? Czas pokaże.

    Na razie spółdzielcy zgodnie z prawem rynku (spółdzielnia to prywatny podmiot gospodarczy) pozostawieni zostali sami sobie. JEDYNE ROZSĄDNE ROZWIĄZANIE TO ZAŁOŻENIE WSPÓLNOT! TYLKO NADZÓR WŁAŚCICIELSKI MOŻE URATOWAĆ MAJĄTEK SPÓŁDZIELCÓW!

    Przykład ŚSM udowadnia, że cechą immanentną spółdzielczości mieszkaniowej w Polsce jest niezdolność do prawidłowego zarządzania, a kontrola sprawowana przez KRS jest iluzją, a lustracja fikcją.

    Lubię to!(2)Nie lubię tego!(0)
  • Czarek Meszyński mówi:

    La Ville Radieuse (1935) czyli "miasto promienne" należy do najważniejszych manifestów nowoczesnej urbanistyki. To wizja wypełnionego słońcem i zielenią miasta, bliska opracowanej w 1933 roku Karcie Ateńskiej. Warszawskie osiedle Za Żelazną Bramą jest jedną z najodważniejszych prób wcielenia tych ideałów w życie. Na gruzach bardzo zniszczonej (a przed wojną - zaniedbanej) części Śródmieścia mógł się ziścić sen Le Corbusiera o zaprojektowaniu i zbudowaniu fragmentu istniejącej metropolii od nowa, bez powtarzania błędów z przeszłości. Osiedle Za Żelazną Bramą jest miejscem realizacji i bohaterem wystawy "Varsovie Radieuse". Kluczem do zrozumienia jednej z najbardziej kontrowersyjnych dzielnic Warszawy i zaproszeniem do refleksji nad współczesnym miastem staną się manifesty Le Corbusiera, przede wszystkim Karta Ateńska.

    Lubię to!(2)Nie lubię tego!(0)
  • Czarek Meszyński mówi:

    Fenomen osiedla za ŻELAZNĄ BRAMĄ

    "Nie wiem, czy jakieś miasto w Europie ma tak wielkie corbusierowskie osiedle w samym centrum" - mówi Grzegorz Piątek w rozmowie z Agnieszką Kowalską z Gazety Stołecznej
    Cały wywiad z Grzegorzem Piątkiem, krytykiem i historykiem architektury oraz współtwórcą Centrum Architektury przeczytacie w najnowszej książce Agnieszki Kowalskiej, zatytułowanej "Warszawa. Architekci, projektanci, aktywiści o swoim mieście".

    Agnieszka Kowalska: Jak ten Le Corbusier ma się do Polski i do Warszawy?

    Grzegorz Piątek: Jest najbardziej wpływowym architektem XX w. I mimo że nigdy w Warszawie nie był i niczego nie zaprojektował, to miał tu wielu współpracowników, takich jak Helena Syrkus, Roman Piotrowski czy Maciej Nowicki. Było kilku, którzy przewinęli się przez jego pracownię jako stażyści, wracali tutaj i zaszczepiali te idee.

    Po wojnie na tym oczyszczonym terenie ci - nazwijmy ich - "ewangeliści" mieli w Polsce spore pole do popisu, bo tu można było budować od nowa lub prawie od nowa całe miasta - te zniszczone, na czele z Warszawą, i te zupełnie nowe, jak Tychy. I robiono to według corbusierowskich ideałów: rozdzielając strefy mieszkalne od przemysłowych, ruch kołowy od pieszego, wprowadzając dużo zieleni, infrastrukturę społeczną. Warto przypominać, że to bardziej Le Corbusier niż Stalin odbudował nam Warszawę.

    Jak w Warszawie objawiły się te idee?

    - Już przed wojną planiści pracujący w warszawskim ratuszu - Jan Chmielewski czy Stanisław Różański - byli pod silnym wpływem Le Corbusiera. I już wtedy myślano o radykalnym rozluźnieniu zabudowy. Warszawa miała przed wojną jeden z najgorszych w Europie współczynników gęstości zabudowy i zaludnienia - 10 tys. osób na kilometr kwadratowy. Wiele osób dzieliło to samo łóżko, ktoś spał na nim w dzień, a ktoś w nocy. Nikodem Dyzma tak zaczynał, dzielił łóżko z prostytutką (śmiech). Dla porównania - dziś gęstość zaludnienia w Warszawie wynosi około 3 tys. osób na kilometr kwadratowy.

    A mnie się zawsze wydawało, że te mieszkania w powojennych budynkach miały jednak gorszy od przedwojennych standard.

    - Dziś podziwiamy wielkie mieszkania z wysokimi sufitami, ubolewamy, że po wojnie dzielono je na mniejsze, ale nie zapominajmy, że wielki apartament od frontu był przed wojną przywilejem dostępnym dla nielicznych. Dla wielu M-3 w bloku było ogromnym awansem. Dopiero dziś te mieszkania odbieramy jako zbyt małe. W latach 30. było sukcesem, gdy każda osoba miała osobne łóżko.

    A jak się miał plan corbusierowski do planu socjalistycznego?

    - Po 1945 roku spora część polskich corbusierystów stała się o wiele bardziej wpływowa niż przed wojną. Na przykład Roman Piotrowski, który uczestniczył w tworzeniu Karty ateńskiej, był szefem Biura Odbudowy Stolicy, potem ministrem odbudowy i ministrem budownictwa. Corbusierowski sposób na miasto został przyjęty przez władzę jako sposób na jego modernizację. I nawet potem pod historyzującym socrealistycznym kostiumem te idee były obecne.

    Jak długo te idee przetrwały w Polsce?

    - Znacznie dłużej niż na świecie - przez ociężałość aparatu inwestycyjnego w PRL i długofalowe planowanie, które z trudem poddawało się dyskusji i korektom. Gdy w 1972 roku w St. Louis burzono spektakularnie bloki osiedla Pruitt-Igoe, co uznaje się za symboliczny koniec modernizmu w urbanistyce, u nas oddawano do użytku osiedle Za Żelazną Bramą, a Ursynowa jeszcze nie było.

    Żelazna Brama jest prawdziwym fenomenem. Ogromne bloki w środku miasta.

    - Nie wiem, czy jakieś miasto w Europie ma tak wielkie corbusierowskie osiedle w samym centrum.

    Ten teren był prawie oczyszczony przez wojnę - idealne miejsce, żeby zrealizować to, o czym Le Corbusier marzył w Paryżu już w latach 20., kiedy stworzył tzw. plan Voisin. Proponował, żeby wykroić z miasta teren, z którego zniknie wszystko z wyjątkiem najcenniejszych zabytków - one miały zostać pieczołowicie zakonserwowane. Tam to nie było możliwe, ale u nas była wojna oraz dekret Bieruta i dało się prawie od nowa zaprojektować kawał miasta.

    Uważasz, że to był dobry pomysł?

    - Tak, bo to był akurat jeden z tych fragmentów Warszawy, po których nie ma co płakać. W "Ludziach bezdomnych" jest piękny opis tego, jak doktor Judym przemierza ulicę Krochmalną. Czytamy o całej tej ciasnocie, biedzie i wyziewach, które wydobywały się z każdego kąta. Również architektonicznie tam wielkich skarbów nie było. A to, co rzeczywiście miało jakąś wartość, zostało zachowane. Można porównać ten fragment miasta do wielkiego modernistycznego apartamentu, do którego wstawiono starannie dobrane bibeloty, bo mamy te bloki i pomiędzy nimi rozrzucone Hale Mirowskie, synagogę, kościół św. Karola Boromeusza.

    Jakie corbusierowskie wytyczne tam zastosowano?

    - Założenia były takie, żeby zabudowa była wysoka, ale budynki stały daleko od siebie. Tak, żeby jak najwięcej ludzi mogło się cieszyć dalekimi widokami i zielenią za oknem. Poza tym właśnie to wyeksponowanie zabytków czy - jak to pisano po modernistycznemu - "oczyszczenie z ruder", które je zasłaniały, przygniatały. Wreszcie - rozdzielenie ruchu pieszego od kołowego. Żeby dziecko było w bezpiecznej odległości od domu i nie musiało przekraczać żadnych ruchliwych ulic, żeby się dostać na huśtawki czy wrócić ze szkoły. Są też tereny rekreacyjne pod samym domem - wielkie ogrodzone place zabaw

    A wewnątrz samych bloków?

    - Jeśli chodzi o wnętrza i sposób działania budynku, to tutaj jest najwięcej kompromisów. W czystym modelu corbusierowskim - tym z manifestów - nacisk był położony na przestrzenie wspólne, które miały wynagradzać względnie małą powierzchnię mieszkań. Tego tu nie zrobiono, tak jak np. w tzw. Jednostce Mieszkalnej w Marsylii. Tam na dachu jest taras do spacerów i opalania. Jest też nadbudówka, w której znajdowało się przedszkole.

    A jak oceniasz same mieszkania Za Żelazną Bramą?

    - Są ciasne, to fakt, ale bardzo starannie zaprojektowane. Wydaje się, że to osiedle i te mieszkania dopiero teraz znalazły swoje właściwe zastosowanie. Przez lata były nienawidzone, bo gnieździły się tam całe rodziny. Dziś wiele z nich zajmują single, studenci, ludzie starsi, od których dzieci i wnuki już się wyprowadziły, albo ludzie, którzy przyjeżdżają do Warszawy do pierwszej pracy.

    To bardzo dobrze widać w filmie austriackiej artystki Heidrun Holzfeind o Żelaznej Bramie. Rozmawia z mieszkańcami i właściwie oni prawie na nic się nie skarżą. Jakieś babcie mówią, że szkoda, że nie ma balkonów. A Edyta Herbuś cieszy się z tego, że mieszka w centrum, a jednak jest zielono.

    Czyli ten Judym nie zapłakałby dzisiaj na tych korytarzach?

    - To osiedle coraz lepiej znosi próbę czasu. Pojawiło się więcej lokali usługowych i sklepów w al. Jana Pawła II, których wcześniej w okolicy brakowało. A zalety zostały. W apartamentowcu Cosmopolitan przy pl. Grzybowskim za przyjemność widoku z dziesiątego piętra na całe centrum Warszawy słono się płaci. A Za Żelazną Bramą mieszkają średniacy.

    Ale czy tak powinno wyglądać centrum nowoczesnej metropolii? Jak blokowisko?

    - Również tak. W centrum jest miejsce dla wielu typów zabudowy - i dla kamienic, i dla bloków. Dobrze, że jest wybór. Z punktu widzenia ekologii i ekonomii ważne jest, by w śródmieściu mogło mieszkać jak najwięcej ludzi. Rozrośnięte przedmieścia to ogromne obciążenie dla infrastruktury i środowiska - rozproszona zabudowa niszczy tereny wartościowe przyrodniczo, wydłużają się dojazdy, zwiększa się emisja spalin. Gdy ludzie mieszkają w centrum, to jest po prostu z wielu względów wygodniej i zdrowiej.

    Dlaczego to budowanie po corbusierowsku zarzucono? Co się nie sprawdziło?

    - Trzeba było budować coraz więcej i więcej, i te ideały ulegały wypaczeniu. Skończyło się bezmyślną produkcją kolejnych milionów mieszkań bez całej infrastruktury i zieleni, którą obiecywano, produkcją kolejnych niedokończonych dzielnic bez dbałości o to, jak się będzie w nich żyło. Jakość przeszła w ilość.

    Natomiast nie starzeje się pewien etos, do którego warto wracać. Wiele idei zapisanych w Karcie ateńskiej z 1934 roku jest odświeżających, na przykład: "Interes publiczny powinien zawsze stać przed interesem prywatnym". Można powiedzieć: "No dobrze, brzmi jak dekret Bieruta". Ale czy nie zaczyna nam się odbijać czkawką drugie ekstremum? Odchył w stronę skrajnego liberalizmu i świętej własności prywatnej, kult indywidualizmu, drapieżnej konkurencyjności? Może więc warto znowu wrócić do tamtych manifestów i spróbować to wahadełko przechylić gdzieś w stronę środka?

    Lubię to!(1)Nie lubię tego!(0)
  • Czarek Meszyński mówi:

    Bloki osiedla znane są z długich, prostych korytarzy oświetlonych portfenetrami. Przez wiele lat po wybudowaniu bloków korytarze miały idealnie gładkie ściany i sufity. Korytarze te w latach 90. zostały znacznie oszpecone przez wyciągnięcie wszystkich instalacji wodociągowych oraz kabli elektrycznych na ściany oraz sufity jako plątaninę rur przypominającą niezbyt estetyczny i chaotyczny skład materiałów budowlanych. Dokonano tego przy okazji wymiany rur na nowe na całym osiedlu. Instalacje nie zostały schowane w murach ze względu na oszczędności spółdzielni.

    Wszystkie bloki na osiedlu miały w czasach PRL na krawędziach dachu po cztery duże − czynne nocą − czerwone lampy tzw. oświetlenie przeszkodowe uniemożliwiające latającym po Warszawie śmigłowcom np. pogotowia ratunkowego lub milicji zderzenie z blokiem. Lampy takie były rzadkością na osiedlach mieszkaniowych. Lampy dzięki swoim rozmiarom były widoczne również z poziomu ulicy i dodawały blokom swoistego uroku i wrażenia wielkomiejskości i nowoczesności wieżowców mieszkalnych co można zobaczyć na archiwalnych zdjęciach magazynu Stolica wydawanego w czasach PRL. Niestety po upadku komunizmu administracja osiedla przestała dbać o te oświetlenie przez co uległo awarii i obecnie nie działa na żadnym z bloków.

    Oryginalne luksfery na fasadach przed ich kontrowersyjną likwidacją w latach 90. Luksfery mocno doświetlały wnętrza wspólne w budynkach a także dawały efekt smukłej, spójnej i nowoczesnej elewacji. Szklane luksfery są cytatem z architektury modernistycznych, luksusowych kamienic warszawskich z lat 30 kiedy panowała moda na przeszklone piony czyli „termometry” na fasadach.

    Lubię to!(1)Nie lubię tego!(0)

Dodaj komentarz